ała prawie ziemia śląska usiana jest starymi kamiennymi krzyżami. Są one niskie,
zmyte przez deszcz, porosłe trawą i mchem, sterczą tuż nad ziemią, nie
mają podmurowania. Znajdują się w miejscach trudno dostępnych, wąwozach,
gąszczach, jarach, Z dala od zabudowań. Rzadko noszą jakiś napis, datę
czy imię. Ozdobione bywają za to prymitywnym rysunkiem miecza, topora
lub sierpa. Są to krzyże pokutne.
Powstania ich należy doszukiwać się w dawnych zwyczajach. Wznoszono je
jako wyraz skruchy i pokuty za popełnioną zbrodnię. Zwada przy kielichu,
zemsta, nie odwzajemniona miłość, chęć zdobycia majątku pchały nieraz
ludzi do morderstwa. Sprawca zbrodni ponosił karę orzeczoną przez instancję
ziemską, ale na tym się nie kończyło. Grzesznik odprawiał jeszcze pokutę
kościelną, a często także w miejscu zbrodni wznosił kamienny krzyż.
Z pokory nie umieszczał na nim swego imienia. Unikał też daty. Natomiast
żłobił na krzyżu wizerunek narzędzia którym dokonał zbrodni. Po wypełnieniu
zasądzonego wyroku zabójca nie był pociągany do dalszej odpowiedzialności,
a rodzina wyrzekała się zemsty. Zazwyczaj dochodziło do spotkania obu
stron przy krzyżu pokutnym i na znak przebaczenia podawano sobie ręce.
Na Dolnym Śląsku krzyże pokutne powstawały w latach 1300-1500, a w niektórych
okolicach wystawiano je aż do 1615 r. Koniec wieku XVI uważamy za
ostateczny, ponieważ Kościół potępił wówczas ten zwyczaj.
Z tradycją stawiania krzyży spotykamy się jeszcze w XVIII w. Mają one
jednak inny charakter, bo umieszczane były przez rodzinę ofiary w celu
uczczenia jej pamięci. Na tych krzyżach są już nazwiska, daty i okoliczności
morderstwa.
Krzyże pokutne były wykonywane z materiału z pobliskiego kamieniołomu.
Im bliżej kamieniołomu, tym krzyże mają większe rozmiary i częściej się
je spotyka. I tak np. w okolicach Strzelina oraz Sobótki stawiano krzyże
z granitu, zaś w pobliżu Bolesławca i Lwówka Śląskiego - z piaskowca.
Przeważnie nic nie wiemy o powstaniu tych krzyży: kto, kiedy i na jaką
okoliczność je wystawił. Jednakże z każdym z nich "wieść gminna" związała
jakąś historię. Jedną z nich przytaczam.
Legenda o krzyżu pokutnym w Małomicach
Było to prawdopodobnie pod koniec budowy kościoła parafialnego w Lubinie. Mistrz
Walenty zatrudniał przy tej budowie paru czeladników, a wśród nich jednego
imieniem Jakub. Ten zaś zaglądał do karczmy, by - jak powiadał - piwskiem
gasić pragnienie. Gasił je dość często, a wtedy zaczynały się burdy.
Zła sława o Jakubie rosła wszerz i wzdłuż Lubina, a Jakub pił coraz więcej.
Pewnego dnia, nie mając grosiwa na piwo, a do pożyczek nie znajdując chętnych.
Jakub ukorzył się przed srogim majstrem, zobowiązując się, do szczerej
poprawy. I rzeczywiście: dzień, dwa, trzy pracował nieźle. Zginał grzbiet
pod ciężkim koźlakiem, dźwigając cegłę, zaprawę i co tylko było potrzebne.
Mistrz złagodniał, pochwalił skąpo i mogło się, wydawać że wszystko jest
na dobrej drodze. Cóż z tego, kiedy Walenty otworzył kiesę i dał kilka
groszy. To było już ponad siły Jakuba. Starał się wytrzymać do wieczora,
lecz omam jakiś wcisnął się pod czaszkę, zaczął podszeptywać: - Rzuć Jakubie
robotę, rzuć, przecież masz pieniądze, na piwo starczy. Rzucił Jakub narzędzia
i pomknął do karczmy pod Kłopotowem. Trzymając w palcach krągły pieniążek
zawołał: - Duża kruża dla Jakuba!
Piwo zapaliło mu skierki w oczach. Miał ochotę tańcować. A w izbie nie
było nikogo. Patrzył więc posmutniały w ogień paleniska i nasłuchiwał.
Jakoż wkrótce nadeszło paru wesołków, a że grosz mieli, na ławie pojawiły
się następne kruże z pienistym płynem. Jedna kolejka, druga. Kto wie ile
ich było. Dopiero o północy znaleźli się na drodze. Wiatr z deszczem ciął
po twarzach Jakub chwiejąc się na nogach parł pierwszy w kierunku miasta.
Nie podobało się to pozostałym, zaczęli go wyzywać, a nawet tarmosić za
ramiona. - Czego - warknął - lecz jeszcze bez gniewu.
- Jakubie! - zawołał Bartek. - Ty jesteś głupi. Walenty kazał ci iść precz.
Już nie masz czego szukać w kościele.
Jakub przystanął. Co
rzekłeś? - podsunął pięść Bartkowi pod nos. Zaczęli się bić. Pozostali
umknęli. Bartek niespodziewanie zaczął zyskiwać przewagę. Jakub czuł,
że długo nie wytrzyma i rzucił się głową do przodu. Stłumiony krzyk był
dowodem, że dobrze wycelował. Mając pewność, że tamten jest zamroczony,
zacisnął palce na jego szyi. Wreszcie sam padł bez siły obok Bartka.
Jeszcze świtu nie było, gdy ziąb poderwał go na nogi. Lecz u licha, czemu
Bartek nie wstaje, pomyślał półprzytomnie.
- Oj, zabiłem - z krzykiem poderwał się do ucieczki. W południe, ominąwszy
Legnicę, podążył ku Legnickiemu Polu. Dużo słyszał o dobrodziejstwach
miejscowych braciszków. Może i mnie pomogą, rozmyślał nieprzerwanie. Wyczuwał,
że pogoń jest w drodze i lada moment należy spodziewać się pojmania. Była
późna, noc, kiedy furtian posłyszał pukanie do bramy klasztoru. - Kto
zacz? - zagadnął ostro.
Gdy zgrzytnęły zawiasy, mocna dłoń wciągnęła przybysza na dziedziniec.
Z czym przyszedłeś? - mocne spojrzenie samego przeora zaczęło przenikać
Jakuba na wylot.
Rozmowa należała do bardzo trudnych; płacz, kajanie się, wreszcie spowiedź
zakończyły wyznanie Jakuba. Wreszcie przemówił przeor:
- Masz w tej pokucie do wypełnienia wiele czynności. Jedna - to wykonanie
własnymi rękami kamiennego krzyża z jednego kawałka skały i postawienie
go w miejscu zbrodni nie później niż do sześciu miesięcy. Aby twoja porywczość
zachowała miarę, jeść będziesz tylko dwa razy na dzień, a pozostały posiłek
odstąpisz na przeciąg roku głodnym i potrzebującym.
Jakub słuchał coraz uważniej. Te słowa jakkolwiek mocne, uspokajały go.
Więc nie musi się już bać kata; nie wydadzą go pod topór.
- To nie wszystko - ciągnął dalej , -zakonnik. Twoja skrucha może być
narażona na próby. Aby cię od nich uchronić pozwalam ci tu pozostać przez
okres roku. Jedzenie i przyodziewek dostaniesz. A gdy upłynie czas, pójdziesz
dokąd oczy poniosą. Za całą zapłatę dostaniesz grosz i przed ustawieniem
krzyża, w miejscu, gdzie Bartek zmarł, położysz ten grosz do jamy.
Odtąd można było zobaczyć Jakuba na dziedzińcu klasztornym w pokutnych
szatach. Od świtu do późnego wieczora krzątał się przy wszelkich zajęciach.
W samo południe natomiast, kiedy braciszkowie udawali się na krótki odpoczynek
- brał narzędzia i znikał w szopie. Po chwili rozlegało się stamtąd mozolne
kucie. Powoli z niepozornej bryły kamienia zaczęły wyrastać kontury krzyża.
Nie był to jednak zwykły krzyż: kształtem przypominał liść bzu.
Im bliżej końca roboty, tym częściej odwiedzali Jakuba braciszkowie. Stawali
w milczeniu, podziwiając pracę i zręczne palce rzeźbiarza.
Upłynęły ustalone miesiące i Jakub, załadowawszy potężny ciężar na wóz,
zabrał się z dwoma braciszkami w drogę. Przed Lubinem wóz skręcił w prawo,
zaś jeden z zakonników skierował swe kroki ku miastu, by - jak ustalono
- sprowadzić plebana na miejsce ustawienia krzyża.
W ciemnościach prawie, w wykopany dół przy drodze do Kłopotowa Jakub rzucił
drobną monetę, a potem pospołu osadzili ciężki krzyż.
Nazajutrz mieli razem stawić się u wójta, gdzie miała zapaść decyzja o
zmazaniu winy i w myśl prawa wolny Jakub mógł udać się w drogę powrotną.
Sprawę prowadził wójt. Uczestniczyli w niej krewni Bartosza, lecz że i
ich opinia o zmarłym była niezbyt dobra, ławnicy rozstrzygneli rychło
zatarg. Jakub miał spłacić dług matce Bartka, który wójt określił na dwa
woły i kilka miar sukna. Przystał na to.
Nikt już później nie widział Jakuba; powiadano, że zobowiązanie spłacił
w czasie. Mijały lata, aż kiedyś pojawił się zapomniany winowajca. Już
w podeszłych latach, zgarbiony, o siwych włosach, z kapturem na głowie,
przychodził w pewne dni jesienne do krzyża obrośniętego bujną trawą i
pokrzywami. Głośny płacz i jęki przypominały niektórym zdarzenie sprzed
lat. Pewnego dnia zniknął, by nie wrócić więcej. Ktoś powiedział, że Jakub
nie żyje. Zapomniano o tym, co się zdarzyło przed laty. Dopiero nowe zdarzenie
odświeżyło dawne dzieje. Otóż któregoś wieczora grupie idących z Kłopotowa
do Lubina biesiadników ukazała się niepozorna postać w kapturze. Zrazu
wszyscy myśleli, że się im przewidziało, ale po chwili zrozumieli, że
mają przed sobą ducha pokutującego. W wielkim strachu poczęli uciekać.
Duch jednak nie miał złych zamiarów. Nie zaczepiał nikogo, ani nie napastował.
Odtąd pojawiał się często w jesienne wieczory, wędrując drogą między karczmą
a krzyżem. I tak było przez wiele lat. Dopiero gdy czas pokuty minął,
ustało również biadolenie duszy Jakuba. Któż może jednak zaręczyć za autentyczność
tej opowieści?
|